objawy pierwotne opinie - Bogdan Prejs

Przejdź do treści

Menu główne:

poezja
    
Dawid Olejnik

Przeplatamy wszelkie przekonania. Od własnych, przez zasłyszane przypadkiem od innych, przekazane przez bliskich, po te, które zwykle przychodzą po niewczasie. Nie oddajemy się życiu „bo nasze mechanizmy konsekwentnie zawodzą” i mimo, że już nadeszła „pora dnia, kiedy wypadałoby zacząć wreszcie funkcjonować”, szukamy wzorców w telenowelach pozwalając, by jedynie instynkt pociągał za sznurki. Drugie uważamy, mówimy trzecie, czwarte robimy. Nieśmiali? Zagubieni? Samotni? Może czas odsłonić rolety, przestać się żywić „pizzą z czymkolwiek” przy kreowaniu sztucznej, wyimaginowanej rzeczywistości. Otwórzmy oczy, odejdźmy od bycia „przecinkiem w cudzych zdaniach”, by tworzyć własne, nie ukrywane w zamkniętych ustach, nie upychane na później w pamięci. A wypowiedziane.
Przynajmniej albo aż tyle można wywnioskować, po pierwszym, pobieżnym przejrzeniu tomiku Bogdana Prejsa „Objawy pierwotne”. Treść dokładnie pokazuje nam nas w głębi naszego zagubienia, wewnętrznych labiryntów praktycznie wszystkich zagadnień codzienności.
A co, gdy zgłębimy się w treść? Zaczniemy analizować teksty.
Pierwotnie upewnimy się w przekonaniu, iż człowiek (przynajmniej większość przedstawicieli gatunku), nosi w sobie dominujące tytułowe pierwotne objawy, pozbawione czegokolwiek poza nimi.
Podstawowe potrzeby, dbanie wyłącznie o to co nasze, nawet nie najbliższe, ale po prostu nasze. Gdzie nie obchodzą nas losy czy poczynania innych. Dobrym tego przykładem jest wiersz pt. „trzecie piętro”. Podmiot liryczny wyłącznie wsłuchuje się w nim w nocne krzyki mężczyzny, jedynie zastanawiając się, jakie mógłby podjąć reakcje, ostatecznie nie wykonując żadnej. Nawet przez moment nie analizując genezy krzyku – choroba, problemy alkoholowe, rodzinne, to w tekście zostaje dla nas tematem otwartym, zmuszającym do myślenia, ewentualnego podjęcia reakcji. Pozostaje to nasza indywidualną kwestią.
Równie obrazowy jest tekst „google map”. Wyraźnie pokazując człowieka pozbawionego wzorców, szukającego ich tam, gdzie, tak naprawdę, ich nie ma – w telewizji. Telenowelach, filmach, serialach. Sztucznych tworach, nie mających prawa bycia wskaźnikiem prawdziwego życia, przewodnikiem dla człowieka.
Czytając ten tekst odniosłem wrażenie, jakbym ponownie przenosił się w świat filmów Aronofskyego – „Requiem dla snu” opisu, jak podkreśla autor ludzi szukających najkrótszej drogi do raju, której zwykle (choć może nieostatecznie), nie odnajdują.
Na szczęście Bogdan Prejs spogląda na te tematy trochę bardziej ironicznie, z przymrużeniem oka, przez palce. Dobrym przykładem na to jest utwór „13.12.15 – członkowie krucjaty różańcowej manifestują pod siedzibą gazety wyborczej przy ulicy czerskej.” Nie da się go chyba określić inaczej, niż ironią do tego, co spotyka nas na co dzień. Kontrastu dwóch światów.
Reasumując w „objawach pierwotnych” dostajemy szczery, brutalny, ale nie depresyjny, a zdystansowany, podjęty z ironią temat człowieka, codzienności. Autor zaprasza nas do rozmowy o tych zagadnieniach, nie z poziomu naukowego, a raczej swojskiej debaty, która zwykła toczyć się gdzieś swobodnie przy alkoholu, szczerości i budowania niepotrzebnych utrudnień. A przede wszystkim z przymrużeniem oka, bo jak inaczej. Przecież sztywne, naukowe podejście do tych kwestii wyłącznie pogorszyłoby nasz stan. A tak dostajemy pewien rodzaj dystansu, a nawet nadziei, która – choć bardzo sporadycznie – także przejawia się w niektórych tekstach.
(http://poecipolscy.pl/polka/ksiazki-opisane/objawy-pierwotne/)


Piotr Gajda
Nieuniknione objawy wtórne

Nie mam żadnego powodu, żeby niniejszą recenzję tomu wierszy zatytułowanego objawy pierwotne nie rozpocząć od kryptocytatu z notatników służbowych strażników miejskich: „Mężczyzna, lat około pięćdziesięciu, znany mi z imienia Bogdan”. Dobrze będzie się to wpisywało w tak zwaną „lokalność”, ponieważ niniejsza dysertacja krytyczna odnosi się akurat do najnowszej książki Bogdana Prejsa wydanej w Instytucie Mikołowskim. Szczęśliwy ten poeta, który w swoim mieście posiada takową instytucję, co wydaje wiersze, robi ich autorom spotkania, zaprasza innych poetów na spotkania, na które przychodzą pozostali poeci z całej okolicy. Tym bardziej że ów lokalny mit wspierany jest nie tylko przez Naczelnego Patrona Mikołowa – nie, nie burmistrza, posła/posłankę z regionu czy też przewodniczącego/przewodnicząca lokalnych struktur partyjnych – poetę przeklętego Rafała Wojaczka, jak również przez fakt, że poeta Bogdan Prejs skończył (się?) ostatecznie jako dziennikarz (Boguś, mogło być gorzej, mógłbyś zostać na przykład urzędnikiem).
No dobrze, koniec żartów, przejdźmy natychmiast od ironii do résumé. Podeprzyjmy się słowami Joanny Oparek i Antoniego Pawlaka wydrukowanymi na okładce objawów pierwotnych. To, co jest dla tej recenzji istotne, w wykonaniu Oparek brzmi następująco: „Wiersze Bogdana Prejsa (…) są trochę jak ten facet/kobieta przy barze, niby na dystans, ale z pewną skłonnością do podjęcia rozmowy, która okazuje się głęboka i dowcipna, a dowcip ten jest gorzki lub po prostu wytrawny”. A teraz Pawlak: „Wiersze Bogdana Prejsa (…) to niby realistyczny portret rzeczywistości, ale ma w sobie coś z wielkiej tajemnicy obrazów Edwarda Hoppera”. To są cenne uwagi, zwłaszcza w wymiarze estetycznym, jeżeli tylko, drogi czytelniku, uwierzysz z kolei moim słowom, że Bogdan Prejs siedzący przy barze naprawdę wygląda jak mężczyzna z obrazu Hoppera Nighthawks (nawet mimo tego, że nie nosi kapelusza). Wiem, bo widziałem.
Merytorycznie obie notki wskazują na coś o wiele istotniejszego, a mianowicie na to, że autor obraca się ze swoimi wierszami w konkretnej przestrzeni, którą można oznaczyć sygnaturami „tu i teraz” (pisanymi dowolnie, łącznie bądź rozłącznie: „tu” i „teraz”). Na tym właśnie polu toczy się jego dialog z czytelnikiem, „teraz”, kiedy pijemy w sterowni szóstego harnasia, kiedy przysiadła się do stolika, nieopatrznie wzięła do ręki tomik z wierszami wybitnego poety jeszcze młodego pokolenia, gdy wciąż dramatyzuje się swój koszmar, gdy zgadza się, tak: znam Basię Klicką, gdy zawsze się dzieje, choćby to był tylko trywialny dworzec w Legnicy, na którym nie raczyła spłynąć na nas magia olśnienia, i „tu”, w którym każde łóżko pełne kobiety jest dobrym łóżkiem, które jest porą dnia, kiedy wypadałoby zacząć wreszcie funkcjonować, lecz mechanizmy konsekwentnie zawodzą i jedynie instynkt pociąga za sznurki, kiedy mając do dyspozycji widok za oknem oraz judasza w drzwiach, wybiera się łóżko, nawet puste.
Z powyższych fraz wyjętych z poszczególnych wierszy wyłania się poetycki świat Prejsa, rzadko przekraczający nie tyle kwadrat mikołowskiego rynku, co złożoną, na wskroś indywidualną prywatność. Prywatność charakteryzującą się objawami pierwotnymi, jakie z medycznego punktu widzenia są objawami wynikającymi z procesów patologicznych toczących się jedynie w obrębie centralnego układu nerwowego i nie wynikają z innych schorzeń wpływających na rozmaite powikłania. U mikołowskiego poety do „pierwotnych objawów” zaliczyć można szczególny rodzaj melancholii, jaka w skrajnym natężeniu przyjmuje gorzką postać rezygnacji, którą należy przełknąć i się skrzywić (najlepiej przywdziewając przy tym ironiczny uśmiech). Nie znaczy to wcale, że autor biernika do tego stopnia jest egocentryczny, że aż egoistyczny. W wierszu tytułowym tomu z łatwością obok gier językowych odnajdziemy spojrzenie bardziej uniwersalne, choć skażone pewnego rodzaju życiowym defetyzmem (jakże niekiedy pożądanym w dzisiejszych rozrywkowych czasach):  

(…) nadchodzącej wiośnie kurczy się
pole do popisu, a kobiety jehowy z uśmiechem informują świat
o kolejnym odejściu pana. tuli pana, szam pana, marce pana,
pana ceum. trzeba się nauczyć nad tym pracować, nie pozwolić
zwariować. permanentna ewolucja, totalna rewolucja, czasem
wojna. później będzie już prościej, gdyż wyginą silne gatunki
i przetrwają wyłącznie ułomni (…).

„Korzeni” tej poezji należałoby poszukać nie w ideach lingwistycznych czy konstruktywistycznych, ale w koncepcyjnym zwrocie z lat osiemdziesiątych. XX wieku ku poezji przylegającej do mowy prywatnej, spisanej potocznym językiem jako rodzaj wypowiedzi stricte indywidualnej czy prywatnej. Ważnym aspektem tego sposobu poetyckiego wyrazu jest kwestionowanie roli poety jako autorytetu moralnego lub intelektualnego. Bo też dla kogo takim może być pełen wątpliwości poeta (w końcu to zwykły rozmówca), który nie dowierzając swojej lirycznej mocy napisał:

(…) mam
dla siebie całą noc. w tych wierszach nie potrafię znaleźć tego,
czego szukałbym, gdybym umiał odnajdywać tropy, podteksty,
podwójne znaczenia. poduszka obok ułożyła się już na wznak.
(„kolejny wiersz bez miłości”)

Podobnie u Prejsa bywa z moralnością, która każdemu mocno stąpającemu po ziemi (tej Ziemi) prędzej czy później (to kwestia dojrzałości) przeistacza się w znośny (albo zupełnie już nie do zaakceptowania) koniunkturalizm, objawiający się najczęściej codziennym życiowym oportunizmem (żyjemy wszak obok innych drapieżników):

(…) ten znajomy stan, gdy jedno myślisz,
drugie uważasz, mówisz trzecie, czwarte robisz,
by w końcu samą siebie zaskoczyć (…)
(„dziś marionetki mają bal”)

Po uważnej lekturze tych trzydziestu paru kartek zadrukowanych wierszami mamy więc niby podany jak na tacy komplementarny podmiot liryczny, nieco zgorzkniały (jak w wierszu okruchy), lekko przegrany (magia miejsca, codzienność odwrotu), w miłości niespełniony (real z gwiazdą portalu erotycznego), zawodowo wypalony (zagłuszające). Partykuła i przysłówek „niby” są tutaj chyba najważniejsze, ponieważ raz jeszcze poddają pożądanej weryfikacji całościową złożoność komunikatu. Wszak objawy pierwotne nie traktują tylko o tym, wykraczając tematycznie daleko poza wysublimowany niedosyt osobistej homeostazy. Ten tom to również zapis złożonej i wyrazistej koegzystencji z określonym miejscem (środowiskiem literackim) oraz współuczestniczeniem (trwaniem) w nim na codzienną śmierć i życie. Właśnie z tego wynika niekwestionowana prawdziwość wierszy Prejsa, wspartych „dziennikarskim okiem” doposażonym w „optyczny celownik” liryka „z krwi i kości”. Dla kogoś takiego jak ja, poety „stamtąd”, dla mieszkańca Mikołowa – wieszcza „stąd”. Ci, którzy dotrą do jego najnowszego tomiku, oczywisty dowód na ten punkt widzenia odnajdą w wierszu kokon (myją korytarz pastują podłogi):

(…) kilka
nieprzemyślanych komentarzy na fb oraz trzy kompletnie
zbędne światu wyjścia z domu, za to korytarza, chociaż wczoraj
przypadała twoja kolej, nie chciało ci się umyć. w tym czasie

maciek i konrad wygrzebali we wrocławskim archiwum ponad
pięćdziesiąt nieznanych dotychczas wierszy rafała. do tego parę
opowiadań. czyli to nie był jednak tak do końca martwy sezon.

No i co? Wszystko albo nic. Jak mówi poeta: w pewnym wieku/ można już wszystko. dokładnie wszystko. nie ma winy, niczego/ nie ma. it’s a heartache. pół nocy słuchałem diamonds and rust./ położyłem się, wciąż czekam na świt. pewnie znowu się obudzę. Chyba nie pozostaje mu nic innego, jak spokojnie zaczekać na nieuniknione objawy wtórne. Ponadto rozpisywać to czekanie na podobnie porywające wiersze w rodzaju z osiemnastego na następny. Bo o zmierzchu (tu należy wpisać według uznania: życia, miłości, kariery czy natchnienia) życie przestaje być prawdziwe. W końcu wcale to od nas nie zależy, czy przeminie nam ono w rytm pierwotnego wykonania Diamonds and Rust przez Joan Baez, czy może raczej jak wtórny (ze względu na formułę) cover heavy metalowego Judas Priest.
(Afront, 3/2017)


M. [Mieczysław Orski]
Z oficyny

– więcej światła w duszy – radzi stary przyjaciel/ – mam go wystarczająco wiele, by w nocy trafić/ do toalety bez konieczności włączania lampki – tak rozpoczyna się debata o duszy (o której autor tej konstatacji nie ma wyrobionego zdania) w krótkim liryku zatytułowanym w nawiązaniu do powiedzenia słynnego filozofa: mehr licht. Utwór ten znalazł się w nowym tomiku Bogdana Prejsa „objawy pierwotne” (Instytut, Mikołów 2017), mało pojawiającego się w przestrzeni czytelniczej poety z jednej z dzisiejszych niepisanych poetyckich stolic Polski – Mikołowa. Sarkastyczna ironia i nieraz stosowany tu impuls pamfletowy, dotyczący życia współczesnych mieszkańców blokowisk, mocno zauważalny w tych na ogół epigramatycznych, opatrzonych zawsze wyrazistymi, a zgryźliwymi pointami, wierszach najnowszego zbioru autora, są pogodną jego osobistych, czasem wręcz reportażowych obserwacji i akustycznych doznań wynoszonych z uwięzienia w klatce swojego mieszkania. Często są to wypisy z nocnych perypetii bohatera wierszy, takich jak np. trzecia rano, kiedy sąsiad zza ściany kolejny raz – i to o owej porze, która ma prawo wydawać się niemal środkiem bytu – wrzeszczy na swoją żonę, a próbujący usnąć, marząc tylko, by skulił ryj, zastanawia się jeszcze, która to żona spośród jego sąsiadek, bo ma obecnie dwie: brzydką oraz starą. W innym liryku pt. trzy sześć dziewięć już godzinę później nie jest lepiej: o czwartej nad ranem wracają demony, nawet jane się pojawia,/ incognito, gdyż wiadomo, że tu i teraz nosi inne imię. Kiedy bohater tej lirycznie interpretowanej lokalno–metafizycznej udręki wygląda za okno w celu poszerzenia pola, nie poprawia swego nastroju: tymczasem wszystko musi pozostać takie, jakie/ jest, noc zachybotała o zero szesnaście, księżyc/ musnął aldebarana, ale rzeczy nie zmieniają się/ ot tak, bez powodu (…).
Wiersze Bogdana Prejsa są jak fascynująca podróż w nieznane… – pisze w nocie na okładce tomiku Antoni Pawlak; zgadzając się z powiedzeniem o tej fascynacji, trudno przystać – także na podstawie doświadczenia odbiorcy tych wierszy – że jest to rzeczywiście podróż w tak wielce „nieznane”.
(Odra, 5/2018)




 
Copyright 2017. All rights reserved.
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego